Przyszedł taki dzień kiedy irytowali mnie wszyscy dookoła i poczułam wewnętrzną potrzebę udowodnienia sobie, że do niczego ich nie potrzebuję. A tak się składało, że znajoma z dawnej pracy proponowała wspólny wyjazd, no to ja:

„Pojedźmy na rowery.”

Szlak Orlich Gniazd. Listopad. Z Częstochowy do Krakowa. 180 kilometrów. Rowerem.

Nadszedł nowy dzień i uświadomiłam sobie, że ja przecież nie lubię jeździć rowerem, w życiu nie pokonałam dłuższego dystansu niż 20 kilometrów, dzień krótki, pogoda do dupy. Miałam cykora bo nie byłam nigdzie bez jednej z dwóch osób przy których czuję się na maksa bezpiecznie – Tomasza i Taty. I właściwie to marzyło mi się ciepełko gdzieś zagranicą. Ale odwrotu już nie było, Maja nie przyjmowała żadnych alternatyw.
Kładąc się do łóżka w wieczór poprzedzający wyjazd dalej nie dowierzałam. Ale w końcu życie zaczyna się tam gdzie kończy Twoja własna strefa komfortu.

Dzień 1, Warszawa – Częstochowa – Biskupice

Pobudka o 6 rano, wciągam na siebie odzież termiczną i pedałuję na Wschodni. W połowie drogi dzwoni Majka, że ona nie zdąży – tak na dobry start. Zsiadam z roweru tuż przed dworcem i czuję, że właśnie nadchodzi comiesięczny ból – tego było mi teraz trzeba.
Załadowałyśmy się do kolejnego pociągu i atmosfera nieco nerwowa, przejście małe, ludzi tłum. Jakiś pan rzuca, że to chyba nie jest miejsce dla rowerów – dzięki za pomoc dżentelmenie.
Po paru minutach nasze jednoślady zamocowane są na stojakach i radośnie sobie dyndają.


W internetach piszą, że szlak rozpoczyna się od razu na częstochowskim Dworcu PKP, my pierwsze oznaczenie dostrzegłyśmy na końcu Alei NMP. Przemieszczanie się po samej Częstochowie do najprzyjemniejszych nie należało, ale szybko wjeżdżamy na tereny leśne.
Czas na pierwsze razy:
– pierwszy punkt na mapie to wzgórze wapienne o nazwie Zielona Góra
– pierwsza zadyszka
– pierwsze pchanie roweru pod górę
Pchanie lekkie nie było, bo pod stopami gruba warstwa liści a pod nimi mokre i śliskie kamienie. Ale potem już z górki!

Do zamku w Olsztynie docieramy idealnie na złotą godzinę. Niewielka wioska wydaje się oczekiwać na przypływ turystów w sezonie. Mimo zamkniętych kramików i nieczynnej kasy, na nas czeka Pan w samochodzie aby pobrać opłatę za wstęp. I są to jedyne ruiny gdzie musiałyśmy kupić bilet. Najbardziej charakterystyczna wieża cylindryczna była w remoncie a teren dookoła niej odgrodzony szeleszczącą na wietrze taśmą. Swoją uwagę skupiamy na wieży Sołtysiej i formacjach skalnych dookoła niej.
Mordki nam się cieszą a brzuchy burczą, więc przed ostatnim odcinkiem zjadamy ogromną michę rosołu i pyszne pierogi. Później pędzimy ile sił w nogach do noclegu, bo goni nas noc.
Pierwsze 41 kilometrów za nami! 

Dzień 2, Biskupice – Podlesice

Poranek rozpoczynamy od skrobania rowerów z pozostałości po nocnym mrozie. Chichocząc oczywiście, bo jak do tego doszło nie wiem.
Zanim wyruszymy, udajemy się jeszcze na poszukiwanie osiołków i baranków, bo celowo zarezerwowałyśmy nocleg z ranczo w nazwie. Był tylko kucyk, ale zawsze miło zobaczyć słodkie stworzenie w promieniach wschodzącego słońca.
Kiedy wyruszamy wskazówka termometru jest jeszcze pod zerem, ale po kilku kilometrach nasze organizmy oswajają się z zimnem. Robimy jeszcze stopa pod wiejskim sklepem i śniadanie zjadamy w towarzystwie bełkoczących Panów.
W miejscowości Żarki zaczyna się cudowna ścieżka rowerowa, wylana asfaltem i prowadząca przez 7 kilometrów aż do samego zamku w Mirowie, 2 kilometry dalej mieści się zamek w Bobolicach. Ten drugi został nie tak dawno odremontowany i wygląda jak zamek a nie jego ruiny, nam jednak do gustu przypadł bardziej ten pierwszy.
Pierwsze 30 kilometrów szło gładko, ale na ostatnie 7 nogi już takie jakieś sflaczałe, nie chcą przyjmować informacji od mózgu. Robimy przerwę pod Górą Zborówwłaściwie więcej czasu spędzamy na piciu herbaty niż zwiedzaniu jej okolicy. Minusem terminu naszej wycieczki jest to, że większość (a może wszystkie) obiektów było zamkniętych.
Docieramy do noclegu, po uzupełnieniu kalorii pozostawiamy rowery i ruszamy na spacer, tak na dobitkę. Wspinamy się na ruiny zamku Bąkowiec w Morsku wzdłuż nieczynnego wyciągu narciarskiego.

Dzień 3, Podlesice – Ogrodzieniec

Najkrótszy odcinek jaki pokonałyśmy podczas całej rowerowej wyprawy – 25 km. Zaplanowane przez pomyłkę i na całe szczęście, bo nasze organizmy chyba ogarnęły co się wyrabia. Teren robił się coraz bardziej pofałdowany a my rowery głównie wpychałyśmy. 
Wczorajszy spacer mogłyśmy odpuścić, ponownie znajdujemy się obok zamku w Morsku, ale nawet się na niego nie oglądamy. Podjazd jest ciężki, pełen korzeni i śliskich kamieni. Po drodze jedynym punktem który nas zainteresował był Okiennik Wielki, będąc najciekawszym wytworem skalnym jaki widziałyśmy na trasie.
Pedałowanie kończymy w miejscu gdzie kręcony był Janosik. Zamek Ogrodzieniec to podobno najpopularniejszy obiekt na szlaku Orlich Gniazd, ludzi nie ma, ale za to ulokowane są tu drugie Krupówki. Trampoliny, dmuchane piłki, zapiekanki, stragany i plakaty. Nieopodal znajduje się jeszcze Gród na Górze Birów, udajemy się tam spacerem. Niestety oba obiekty były nieczynne.
Później już tylko czas na leżakowanie i herbatkę z cytrynką.

Dzień 4, Ogrodzieniec – Ojców

Dzień na który nastawiałyśmy się od momentu wejścia do pociągu 4 dni temu. Wieczorem nie mogłyśmy zasnąć, bo chciałyśmy mieć to już za sobą. Rano w pozytywnych humorach wzajemnie zagrzewałyśmy się do pedałowania. Przed nami 48 kilometrów i 499 metrów przewyższenia. Akurat w ten dzień musiałyśmy jechać pod wiatr.
Zamek w Smoleniu mijamy ze świstem, żadne z nas fanki historii i właściwie każde ruiny zaczynają już wyglądać tak samo. Zbaczamy ze szlaku rowerowego i kierujemy się do Ojcowa, bo na tym miejscu nam obu najbardziej zależało. Po przekroczeniu granicy województw i postawieniu kół na terenie Małopolski jakość dróg i oznakowań mocno spada. Ciężko ogarnąć jak prowadzi szlak, niektóre oznaczenia są zamazane, brak informacji o skrętach, kilometrach które pozostały do pokonania. Śląskie górą!
Mimo wiatru, jedzie nam się jak po masełku, górki już nie takie straszne. Najgorszym odcinkiem było 7 kilometrów po drodze krajowej, ze względu na ilość mijających nas samochodów. 
Przejeżdżamy przez miejscowość Sułoszowa która przypomina mi miejscowość Artenara na Gran Canarii, w Polsce też mamy domy w skałach!
Mijamy tabliczkę informująca o początku terenu Ojcowskiego Parku Narodowego i automatycznie zwalniamy. Przejeżdżamy obok słynnej Maczugi Herkulesa i zamku w Pieskowej Skale. Jazda Doliną Prądnika powoduje mimowolny uśmiech na twarzy i radość w serduchu. CZUJĘ SATYSFAKCJĘ. Kręta droga, z obu stron wysokie skały, wzdłuż płynie rzeka a pośrodku tego wszystkiego ja. To jest to.
Meldujemy się w noclegu i wybieramy na pieszą wędrówkę. Mijamy klimatyczny kościółek na wodzie, wspinamy się na nasz ostatni zamek, przed nami Brama Krakowska, Igła Deotymy i parę innych małych cudów. Nabijamy kolejne 10 kilometrów, jest tak pięknie, że w ogóle nie czujemy zmęczenia.

Zamek Pilcza w Smoleniu

Dzień 5, Ojców – Kraków – Warszawa

Ostatnie 24 kilometry i humory już jakieś takie słabsze. Pędzimy prosto na dworzec, zahaczając tylko o krakowskiego Vegaba – nagroda być musi.
Zakończenie podróży też jakieś być musi a nasze dzięki PKP było średnie. Bilety na rowery mamy, ale pociąg wagonu na rowery nie ma. Odszukujemy konduktora a w ramach porady słyszymy, że radzić mamy sobie same i ludzie powybijają sobie przez nas zęby. Thanks for help.
Ładujemy się do ostatniego wagonu jak to w regulaminie każą i ostatnie 3 godziny drogi do Warszawy spędzamy siedząc na podłodze choć miejsca siedzące miałyśmy wykupione. Gdzieś tam na początku pociągu.


PODSUMOWANIE

 

0
Kilometry
0
Przewyższenie

Cel podróży osiągnęłam – udowodniłam sobie, że mogę. Mogę więcej niż mi się wydaje. I że najlepsze rzeczy dzieją się kiedy wyjdzie się ze swojej strefy komfortu.
Naszym mottem stało się : na każdej górce robi się w końcu z górki. I to zjeżdżanie z nich było najfajniejsze. 
Jeśli chodzi o sam szlak – najlepsza jego część mieści się w województwie śląskim. Faktycznie przystosowany jest do rowerzystów, oznaczenia są tak częste i czytelne, że nie ma szans się zgubić. Małopolskie musi się jeszcze dużo nauczyć.
Baza noclegowa jak na tak mały obszar jest bardzo duża, po drodze mijałyśmy również sporo sklepów rowerowych czy miejsc zajmujących się ich naprawą.
I najważniejsze pytanie – czy dam radę? Ja dałam. Z przeciętną kondycją, bez żadnego przygotowania i brakiem sympatii do roweru. Najważniejsze są chęci, rozsądne podzielenie kilometrów na miarę swoich możliwości i wczesne wstawanie aby mieć dużo czasu na ich pokonanie. Później to już kask przyrasta do głowy i łazisz w nim nawet po sklepie.
I laski – skróćcie paznokcie! Ja połamałam wszystkie przy montowaniu sakw a robi się to średnio 2 razy dziennie. Mama ostrzegała…

 

LISTOPAD 2019

Przyszedł taki dzień kiedy irytowali mnie wszyscy dookoła i poczułam wewnętrzną potrzebę udowodnienia sobie, że do niczego ich nie potrzebuję. A tak się składało, że znajoma z dawnej pracy proponowała wspólny wyjazd, no to ja:

„Pojedźmy na rowery.”

Szlak Orlich Gniazd. Listopad. Z Częstochowy do Krakowa. 180 kilometrów. Rowerem.

Nadszedł nowy dzień i uświadomiłam sobie, że ja przecież nie lubię jeździć rowerem, w życiu nie pokonałam dłuższego dystansu niż 20 kilometrów, dzień krótki, pogoda do dupy. Miałam cykora bo nie byłam nigdzie bez jednej z dwóch osób przy których czuję się na maksa bezpiecznie – Tomasza i Taty. I właściwie to marzyło mi się ciepełko gdzieś zagranicą. Ale odwrotu już nie było, Maja nie przyjmowała żadnych alternatyw.
Kładąc się do łóżka w wieczór poprzedzający wyjazd dalej nie dowierzałam. Ale w końcu życie zaczyna się tam gdzie kończy Twoja własna strefa komfortu.

Dzień 1, Warszawa – Częstochowa – Biskupice

Pobudka o 6 rano, wciągam na siebie odzież termiczną i pedałuję na Wschodni. W połowie drogi dzwoni Majka, że ona nie zdąży – tak na dobry start. Zsiadam z roweru tuż przed dworcem i czuję, że właśnie nadchodzi comiesięczny ból – tego było mi teraz trzeba.
Załadowałyśmy się do kolejnego pociągu i atmosfera nieco nerwowa, przejście małe, ludzi tłum. Jakiś pan rzuca, że to chyba nie jest miejsce dla rowerów – dzięki za pomoc dżentelmenie.
Po paru minutach nasze jednoślady zamocowane są na stojakach i radośnie sobie dyndają.


W internetach piszą, że szlak rozpoczyna się od razu na częstochowskim Dworcu PKP, my pierwsze oznaczenie dostrzegłyśmy na końcu Alei NMP. Przemieszczanie się po samej Częstochowie do najprzyjemniejszych nie należało, ale szybko wjeżdżamy na tereny leśne.
Czas na pierwsze razy:
– pierwszy punkt na mapie to wzgórze wapienne o nazwie Zielona Góra
– pierwsza zadyszka
– pierwsze pchanie roweru pod górę
Pchanie lekkie nie było, bo pod stopami gruba warstwa liści a pod nimi mokre i śliskie kamienie. Ale potem już z górki!

Do zamku w Olsztynie docieramy idealnie na złotą godzinę. Niewielka wioska wydaje się oczekiwać na przypływ turystów w sezonie. Mimo zamkniętych kramików i nieczynnej kasy, na nas czeka Pan w samochodzie aby pobrać opłatę za wstęp. I są to jedyne ruiny gdzie musiałyśmy kupić bilet. Najbardziej charakterystyczna wieża cylindryczna była w remoncie a teren dookoła niej odgrodzony szeleszczącą na wietrze taśmą. Swoją uwagę skupiamy na wieży Sołtysiej i formacjach skalnych dookoła niej.
Mordki nam się cieszą a brzuchy burczą, więc przed ostatnim odcinkiem zjadamy ogromną michę rosołu i pyszne pierogi. Później pędzimy ile sił w nogach do noclegu, bo goni nas noc.
Pierwsze 41 kilometrów za nami! 

Dzień 2, Biskupice – Podlesice

Poranek rozpoczynamy od skrobania rowerów z pozostałości po nocnym mrozie. Chichocząc oczywiście, bo jak do tego doszło nie wiem.
Zanim wyruszymy, udajemy się jeszcze na poszukiwanie osiołków i baranków, bo celowo zarezerwowałyśmy nocleg z ranczo w nazwie. Był tylko kucyk, ale zawsze miło zobaczyć słodkie stworzenie w promieniach wschodzącego słońca.
Kiedy wyruszamy wskazówka termometru jest jeszcze pod zerem, ale po kilku kilometrach nasze organizmy oswajają się z zimnem. Robimy jeszcze stopa pod wiejskim sklepem i śniadanie zjadamy w towarzystwie bełkoczących Panów.
W miejscowości Żarki zaczyna się cudowna ścieżka rowerowa, wylana asfaltem i prowadząca przez 7 kilometrów aż do samego zamku w Mirowie, 2 kilometry dalej mieści się zamek w Bobolicach. Ten drugi został nie tak dawno odremontowany i wygląda jak zamek a nie jego ruiny, nam jednak do gustu przypadł bardziej ten pierwszy.
Pierwsze 30 kilometrów szło gładko, ale na ostatnie 7 nogi już takie jakieś sflaczałe, nie chcą przyjmować informacji od mózgu. Robimy przerwę pod Górą Zborówwłaściwie więcej czasu spędzamy na piciu herbaty niż zwiedzaniu jej okolicy. Minusem terminu naszej wycieczki jest to, że większość (a może wszystkie) obiektów było zamkniętych.
Docieramy do noclegu, po uzupełnieniu kalorii pozostawiamy rowery i ruszamy na spacer, tak na dobitkę. Wspinamy się na ruiny zamku Bąkowiec w Morsku wzdłuż nieczynnego wyciągu narciarskiego.

Dzień 3, Podlesice – Ogrodzieniec

Najkrótszy odcinek jaki pokonałyśmy podczas całej rowerowej wyprawy – 25 km. Zaplanowane przez pomyłkę i na całe szczęście, bo nasze organizmy chyba ogarnęły co się wyrabia. Teren robił się coraz bardziej pofałdowany a my rowery głównie wpychałyśmy. 
Wczorajszy spacer mogłyśmy odpuścić, ponownie znajdujemy się obok zamku w Morsku, ale nawet się na niego nie oglądamy. Podjazd jest ciężki, pełen korzeni i śliskich kamieni. Po drodze jedynym punktem który nas zainteresował był Okiennik Wielki, będąc najciekawszym wytworem skalnym jaki widziałyśmy na trasie.
Pedałowanie kończymy w miejscu gdzie kręcony był Janosik. Zamek Ogrodzieniec to podobno najpopularniejszy obiekt na szlaku Orlich Gniazd, ludzi nie ma, ale za to ulokowane są tu drugie Krupówki. Trampoliny, dmuchane piłki, zapiekanki, stragany i plakaty. Nieopodal znajduje się jeszcze Gród na Górze Birów, udajemy się tam spacerem. Niestety oba obiekty były nieczynne.
Później już tylko czas na leżakowanie i herbatkę z cytrynką.

Dzień 4, Ogrodzieniec – Ojców

Dzień na który nastawiałyśmy się od momentu wejścia do pociągu 4 dni temu. Wieczorem nie mogłyśmy zasnąć, bo chciałyśmy mieć to już za sobą. Rano w pozytywnych humorach wzajemnie zagrzewałyśmy się do pedałowania. Przed nami 48 kilometrów i 499 metrów przewyższenia. Akurat w ten dzień musiałyśmy jechać pod wiatr.
Zamek w Smoleniu mijamy ze świstem, żadne z nas fanki historii i właściwie każde ruiny zaczynają już wyglądać tak samo. Zbaczamy ze szlaku rowerowego i kierujemy się do Ojcowa, bo na tym miejscu nam obu najbardziej zależało. Po przekroczeniu granicy województw i postawieniu kół na terenie Małopolski jakość dróg i oznakowań mocno spada. Ciężko ogarnąć jak prowadzi szlak, niektóre oznaczenia są zamazane, brak informacji o skrętach, kilometrach które pozostały do pokonania. Śląskie górą!
Mimo wiatru, jedzie nam się jak po masełku, górki już nie takie straszne. Najgorszym odcinkiem było 7 kilometrów po drodze krajowej, ze względu na ilość mijających nas samochodów. 
Przejeżdżamy przez miejscowość Sułoszowa która przypomina mi miejscowość Artenara na Gran Canarii, w Polsce też mamy domy w skałach!
Mijamy tabliczkę informująca o początku terenu Ojcowskiego Parku Narodowego i automatycznie zwalniamy. Przejeżdżamy obok słynnej Maczugi Herkulesa i zamku w Pieskowej Skale. Jazda Doliną Prądnika powoduje mimowolny uśmiech na twarzy i radość w serduchu. CZUJĘ SATYSFAKCJĘ. Kręta droga, z obu stron wysokie skały, wzdłuż płynie rzeka a pośrodku tego wszystkiego ja. To jest to.
Meldujemy się w noclegu i wybieramy na pieszą wędrówkę. Mijamy klimatyczny kościółek na wodzie, wspinamy się na nasz ostatni zamek, przed nami Brama Krakowska, Igła Deotymy i parę innych małych cudów. Nabijamy kolejne 10 kilometrów, jest tak pięknie, że w ogóle nie czujemy zmęczenia.

Zamek Pilcza w Smoleniu

Dzień 5, Ojców – Kraków – Warszawa

Ostatnie 24 kilometry i humory już jakieś takie słabsze. Pędzimy prosto na dworzec, zahaczając tylko o krakowskiego Vegaba – nagroda być musi.
Zakończenie podróży też jakieś być musi a nasze dzięki PKP było średnie. Bilety na rowery mamy, ale pociąg wagonu na rowery nie ma. Odszukujemy konduktora a w ramach porady słyszymy, że radzić mamy sobie same i ludzie powybijają sobie przez nas zęby. Thanks for help.
Ładujemy się do ostatniego wagonu jak to w regulaminie każą i ostatnie 3 godziny drogi do Warszawy spędzamy siedząc na podłodze choć miejsca siedzące miałyśmy wykupione. Gdzieś tam na początku pociągu.


PODSUMOWANIE

 

0
Kilometry
0
Przewyższenie

Cel podróży osiągnęłam – udowodniłam sobie, że mogę. Mogę więcej niż mi się wydaje. I że najlepsze rzeczy dzieją się kiedy wyjdzie się ze swojej strefy komfortu.
Naszym mottem stało się : na każdej górce robi się w końcu z górki. I to zjeżdżanie z nich było najfajniejsze. 
Jeśli chodzi o sam szlak – najlepsza jego część mieści się w województwie śląskim. Faktycznie przystosowany jest do rowerzystów, oznaczenia są tak częste i czytelne, że nie ma szans się zgubić. Małopolskie musi się jeszcze dużo nauczyć.
Baza noclegowa jak na tak mały obszar jest bardzo duża, po drodze mijałyśmy również sporo sklepów rowerowych czy miejsc zajmujących się ich naprawą.
I najważniejsze pytanie – czy dam radę? Ja dałam. Z przeciętną kondycją, bez żadnego przygotowania i brakiem sympatii do roweru. Najważniejsze są chęci, rozsądne podzielenie kilometrów na miarę swoich możliwości i wczesne wstawanie aby mieć dużo czasu na ich pokonanie. Później to już kask przyrasta do głowy i łazisz w nim nawet po sklepie.
I laski – skróćcie paznokcie! Ja połamałam wszystkie przy montowaniu sakw a robi się to średnio 2 razy dziennie. Mama ostrzegała…

 

LISTOPAD 2019

Leave a Comment

Your email address will not be published. Marked fields are required.

error: Content is protected !!